Cisza. Cisza i ja. I muzyka. I niby z kimś, a sama tak naprawdę, i niby blisko, a daleko tak. W co ja znowu zabrnęłam… kto mnie z tego wyprowadzi?
Chyba się zgubiłam. Stoję sobie na rozdrożu i nie wiem, w którą stronę iść, gdzie schowało się to, co kiedyś wydawało się mieszkać tuż obok. Szkoda, że koło mnie już nie ma tych, co których niegdyś mogłam zawsze wziąć za rękę, uśmiechnąć się, puścić oko i wiedzieć, że to kod doskonale zrozumiały, tylko dla nas. Może jeszcze ktoś wróci, może wróci lato, słońce i śmiech. Uczucie beztroski, choć na tydzień, choć na dwa. I ptaki zaśpiewają, i motyle zatrzepoczą, i będziemy my, i muzyka, i nadzieja.
A. No i jeszcze motto ostatnich paru miesięcy: “It seems that once you get laid, your life basically turns to shit.”