Interesujący stan ducha. Permanentne przygnębienie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Żadna czarna rozpacz, ślozy łez, wiecznie czerwone oczy, nie, nie. Po prostu stały smutek. Czy to apatia? Chyba nie do końca, co prawda, nie mam chęci robić czegoś konkretnego, ambitnego, ale czasem się jednak ruszę. Czy tak właśnie czują się pesymiści?
Są zalety takiego stanu. Swego rodzaju spokój. Nie jest dobrze, jest źle, ale nie ma czym zwalczać tego zła. Więc jedynym wyjściem jest poddać się. Gdy się już z tym pogodzić, to ma się w zasadzie święty spokój. Żadnych gwałtownych emocji, szałów. Niemal “stoicki spokój”. W cudzysłowie, bo to jeszcze nie ten stopień obojętności na wszystko.
Pytanie: dokąd mnie ten stan zawiedzie…?