Czasem trudno być tą, co ma najłatwiej. Paradoks… niby tak. Ale nie do końca. Gdy Przyjaciele mają Problemy, prawdziwe Problemy, to własne życiowe traumy wydają się takie… śmieszne. Niepoważne. Co wcale nie ułatwia radzenia sobie z nimi… tylko utrudnia danie zezwolenia, by wychynęły na światło dzienne. Cóż znaczą żale rodem z Bravo, gdy wiesz, że komuś jest naprawdę źle? Nic. Więc je bagatelizujesz. Bo wstyd Ci samej przed sobą, że one są, istnieją, pojawiają się, że gdzieś tam rozczulasz się nad sobą jak ostatnia debilka, choć przecież żadna krzywda Ci się nie dzieje.
A potem… potem starasz się razem z Nimi, z Najbliższymi stawić czoło temu, co próbuje Im nabruździć. I cieszysz się, gdy pomóc możesz, gdy choćby słowem możesz zdziałać mały, ale szczery uśmiech. I cierpisz, gdy do drzwi po raz kolejny puka bezsilność… i smutno Ci, gdy zostajesz sama, bo Oni muszą sobie z czymś poradzić sami.
Ale własne małe smutki, zignorowane, olane, stłumione w końcu się buntują. I dają znać o sobie, i kłują, i meczą, i drażnią, i zmuszają, by do nich wrócić. I nie da się ich więcej ignorować. Wtedy czas na deszcz. Deszcz na wyspie, deszcz za oknem… małe katharsis. Oczyszczenie, wylanie czary goryczy, chwila wolności dla zrozpaczonej dwunastolatki, droga redakcjo tak mi źle. Znika to, czego się wstydzisz sama przed sobą, odpływa, spływa, wyparowuje. Wraca siła, ciepło, wraca myślenie o Nich, zawsze i wszędzie, w każdej chwili.
A jak nie ma deszczu za oknem? Zostaje deszcz wsiąkający w poduszkę, skryty miłosiernie przez noc, broniony przez nią przed pytaniami “a po co?”, “a dlaczego?, “a uśmiechnij się”. Bo Ci, co mogliby zrozumieć są zbyt daleko, a Ci, co zadręczyliby są zbyt blisko .
Znów czekam na deszcz. Droga redakcjo, tak mi źle…